Home TAJLANDIABangkok w 48 godzin? To może się udać!

Bangkok w 48 godzin? To może się udać!

by Delko Magda Delkowska

Bangkok w moim podróżniczym życiu nie istniał wcale. Nigdy nie byłam przesadną entuzjastką azjatyckich klimatów i muszę przyznać, że obszar Azji Południowo-Wschodniej nie powoduje u mnie szybszego bicia serca. Długo żyłam w przeświadczeniu, że raczej na pewno nie zagoszczę w tym rejonie świata. A potem bez ładu i składu kupiłam bilet do Australii z przesiadką w Bangkoku.

Na myśl o azjatyckim chaosie, brudzie, zatruciach pokarmowych i komarach z dengą, moje całe jestestwo ogarnęła panika. Snułam tak czarne scenariusze, że nawet na ostatnim kręgu piekielnym nie panują takie mroki, jakie wtedy zagościły w mojej głowie. A najśmieszniejsze było to, że w Bangkoku miałam spędzić raptem dwa dni! Spryskana silnym detergentem na komary, uzbrojona w odkażacze, zamknięty na klucz bagaż oraz dziesięć zdrowasiek, postawiłam zalęknioną stopę na międzynarodowym lotnisku Suvarnabhumi w Tajlandii. No i przepadłam.

Gdyby szaleństwo mogło mieć imię, to rodzice z pewnością nazwaliby go Bangkok. Gdyby mogło czuć smak, to byłby to rybny sos pomieszany z zielonym curry. Gdyby mogło poczuć zapach, to czułoby mieszankę spalin, duszących kadzideł i aromatów z ulicznych garkuchni. Gdyby mogło widzieć, to zobaczyłoby intensywne barwy, a gdyby słyszało, to utonęłoby w milionach dźwięków i odgłosów.

Bangkok jest fascynujący w swoim zagmatwaniu. Nawet w dwa dni potrafi człowieka połknąć, wypluć, omamić i zszokować. Jest też dość trudnym i nieoczywistym miejscem. Zwiedzanie Bangkoku było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Wdychając wilgotne powietrze czułam to miasto każdym zmysłem i każdym porem skóry.

Miałam czas zaledwie na liźnięcie tego wielkiego miasta, ale mimo to chcę Wam pokazać Bangkok moimi oczami. Notatki pachną mi jeszcze pad thaiem i lepią się od soku z mango. Chodźcie, pójdziemy poszukać wolnego stolika i pogadamy o tym, co mi się podobało, a co nie podobało w Bangkoku.

 

Bangkok w dwa dni – najważniejsze atrakcje i miejsca warte zobaczenia

 

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku

Mówię Bangkok, widzę Wielki Pałac Królewski. To miejsce to absolutne must see w Bangkoku! Kompleks powstał w 1782 roku i zajmuje przeszło 160 hektarów. Pałac Królewski mieści w sobie rezydencje rodziny królewskiej, pawilony administracyjne i świątynię Szmaragdowego Buddy. Został zaprojektowany tak, aby król nie musiał za często (albo wcale) opuszczać murów pałacu.

Tutaj zetkniecie się z taką ornamentyką, mixem stylów architektonicznych i kolorami, że szczęka opadnie Wam tuż po przekroczeniu bram. Na terenie kompleksu leży wspomniana wyżej Wat Phra Kaeo – niezwykle ważne, jeśli nie najważniejsze miejsce kultu Tajów. W tej świątyni znajduje się bowiem posąg Szmaragdowego Buddy, najbardziej czczonego wizerunku w Tajlandii.

Na Wielki Pałac Królewski warto poświęcić sobie pół dnia. Zanim jednak oddacie się duchowej kontemplacji, uzbrójcie się w cierpliwość, bo jak na najważniejszą atrakcję Bangkoku przystało – trzeba przygotować się na dziki tłum ludzi i czekanie w kolejkach. Ja byłam w godzinach popołudniowych i było w miarę ok. Na miejscu obowiązuje stosowny strój (zakryte nogi, ramiona). Spakujcie do plecaka coś zwiewnego do okrycia albo luźne spodnie z długimi nogawkami. Kupno odpowiedniego stroju w kasie przed wejściem jest dość drogie, a możecie przecież przeznaczyć te bathy na pyszną szamkę, czyż nie?:)

Wat Pho – Świątynia Leżącego Buddy w Bangkoku

Sąsiadująca z Wielkim Pałacem, Świątynia Leżącego Buddy to kolejne miejsce w Bangkoku, które warto zobaczyć, i które na pewno zrobi na Was ogromne wrażenie! Wat Pho (oficjalna nazwa to Wat Phra Chetuphon) skrywa w swoim wnętrzu liczący 46 metrów długości i 15 metrów wysokości posąg leżącego Buddy.

Wat Pho to największa i najstarsza świątynia w Bangkoku, a rzeczony posąg to największy tego typu w kraju. Ale nie tylko dla tych wszystkich NAJ warto tu przyjść. Przy świątyni działa również tradycyjna szkoła masażu tajskiego, więc jeśli chcecie poczuć Bangkok nie tylko wszystkimi zmysłami, ale również wszystkimi częściami ciała (nawet tymi, o których istnieniu nie macie pojęcia), to koniecznie tu zaglądnijcie!

Wat Arun – Świątynia Świtu w Bangkoku

Jeśli miałabym wskazać, którą świątynię trzeba koniecznie zobaczyć w Bangkoku, to zdecydowanie mój wybór padłby na Wat Arun czyli Świątynię Świtu. Według mnie to najpiękniejsze miejsce w całym mieście! Dojazd do Wat Arun zapewnia regularna i całkiem sprawna komunikacja wodna. Najlepiej dotrzeć tu tramwajem wodnym z przystani Tha Tien, która znajduje się niedaleko Wat Pho.

Z perspektywy wody monumentalność Wat Arun jest naprawdę piorunująca! Symbolem świątyni jest 79-metrowa pagoda, w całości zdobiona kawałkami porcelany. We wschodzącym i zachodzącym słońcu lśni i skrzy się tak, że człowiekowi dosłownie odbiera mowę. Świątynia pełna jest fascynującej i mitycznej symboliki, której zgłębianie jest przeżyciem niemal duchowym! Wat Arun to jedyny w Tajlandii obiekt, który stworzono w duchu architektury khmerskiej. W planie zwiedzania Bangkoku obowiązkowo musicie sobie wpisać Wat Arun!

Rejs rzeką Menam w Bangkoku

Rejs po rzece Menam i wlepianie wzroku w jej brudne odmęty to jedna z propozycji, które warto rozważyć będąc w stolicy Tajlandii. Z resztą każde miasto na świecie, które położone jest nad wodą trzeba zobaczyć z perspektywy wody. W Bangkoku niesamowicie wygląda kontrast starego z nowym.

Nowoczesne wieżowce biją się w krajobrazie o uwagę z rozpadającymi się domkami na palach, a gdzieś między nimi majaczą dachy buddyjskich świątyń. Po Menam pływają nowoczesne łodzie, a także statki żywcem wyciągnięte z poprzedniej epoki. I jak to w Bangkoku bywa, nawet na rzece panuje niebywały ruch i chaos. Polecam również zagłębić się w gwar między kanałami wodnymi, gdyż rzeczny styl życia i tradycyjny handel wodny wciąż są w Bangkoku żywe i praktykowane.